|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Strony związane z Różą Wiatrów
|
Przeróżne przypadki z życia zwariowanego ośrodka wypoczynkowego
niedziela, 07 listopada 2010
W formie małego uzupełnienia do wpisu o Sylwestrze chciałem dodać, że na Nowy Rok przygotowaliśmy dla Was przydatny gadżet - Kalendarz. Będą do odebrania osobiście na balu, tak aby już od 1go mieć aktualne info o dacie ;-). Każdy kto chciałby dostać taki kalendarz a nie może być na balu może taki dostać w biurze w Łodzi, albo na targach w Poznaniu w najbliższy weekend. Na kalendarz trzeba przygotować odpowiednio dużo miejsca, bo jest on w formacie B1 - czyli ma 70x100 cm mlesky
środa, 27 października 2010
Witam po długiej przerwie! Wielki Zakładowy Bal Sylwestrowo-Noworoczny W tym roku Sylwester wypada wyjątkowo 31 grudnia w piątek, więc melanż będzie dość krótki, ale za to intensywny. Proponowany rozkład jazdy: 31.12.2010 – od rana przyjazd grup zorganizowanych, pojedynczych gości, i wszystkich, którzy chcą zabalować u nas tego dnia. Zakwaterowanie w przyznanych, lub zarezerwowanych kwaterach, szykowanie się do balu, ogólne pogaduchy. 19:00 – start imprezy!
Na wejście – obiadek – do wyboru: rosół z kluchami, krem z brokułów, schabowy z ziemniakami, pierś indyka na słodko z kopytkami, a do tego wszystkiego bukiet surówek. Pragnę nadmienić, że potrawy dostarcza nasza kuchnia, w której szefem jest, niedościgniony talent kulinarny, wirtuoz wśród kucharzy, znawca smaków, Pan Jacek Awiłło. Po sutym obiedzie do spalenia nadmiernych kalorii zagoni Was DJ „BoTo” prosto z miasta Olsztyna, który zagwarantuje nam zabawę przy muzyce Disco do białego rana. Repertuar z lat 70' - 80' sprawi, że nikt nie będzie podpierał ścian, bo ściany też będą tańczyć! Stroje z epoki mile widziane. W przerwach, między szaleństwem na parkiecie, będzie można czegoś się napić (połóweczka/parę) i zakąsić. Stoły będą trzeszczały od sałatek, wędzonek, śledzików, nóżek, tatara, ryb, i innych dobrodziejstw tego świata. Dla chętnych będzie zorganizowany kulig saniami, lub przejażdżka bryczką, w zależności od warunków pogodowych i śniegowych (zapisy przy rezerwacji Balu). Około godziny 23:00 podamy na wzmocnienie mięsiwa pieczone w sosach i bigos staropolski, żeby nabrać sił na przywitanie Nowego Roku. Nowy Rok przywitamy na skarpie nad jeziorem Święcajty, tradycyjnie o północy, pokazem sztucznych ogni i toastem wzniesionym za pomyślność Nowego Roku. Myślę, że sam Pan Prezes wygłosi orędzie i pożyczy szczęścia wszystkim zgromadzonym. Po okrzykach, życzeniach i ogólnej radości nadejdzie czas na powrót do szampańskiej zabawy. Gdy już zgłodniejecie z nadmiaru wrażeń, na stoły wjedzie żurek staropolski z kiełbasą i jajkiem. Zabawa będzie trwała do białego rana, albo ostatniego gościa. Następnego dnia, w sobotę, gdy wszyscy wyliżą rany po poprzedniej nocy, proponujemy śniadanko, po śniadanku, spacer, dla chętnych kulig saniami, lub przejażdżka bryczką, wyścigi na sankach (każdy na swoim sprzęcie), wyprawa na narty,lub na łyżwy (na swoim sprzęcie),albo nicnierobienie, a następnie obiad. Po obiedzie należy się poleżeć, a gdy już odpoczniecie rozpalimy ognisko na skarpie nad jeziorem, zjemy kiełbaski wypijemy coś na rozgrzewkę, pogadamy, pośmiejemy się. Kiedy już nie będziemy mogli wystać na mrozie, przeniesiemy się na salę, blisko kominka i tam przywitamy Nowy Rok w gronie znajomych i przyjaciół. W niedzielę wszyscy przebudzą się z tego snu i powrócą do swoich domów i szarej rzeczywistości, ale nie martwcie się, takie imprezy planujemy organizować co roku, na Naszym Zakładzie. Poniżej podaję cennik imprezy i sposób rezerwacji miejsc (trzeba się spieszyć, bo impreza ma charakter otwarty, a zakład nie jest z gumy). Impreza sylwestrowa – 170zł/osobę wyżywienie w sobotę – 35zł/osobę nocleg w zaprzyjaźnionym pensjonacie – 35zł -50zł /osobę/dobę, w zależności od standardu kulig – w zależności od liczby chętnych ok 20zł/osobę Wszelkie pytania kierujcie do mnie, czyli Lwa. Rezerwacja miejsc na niżej podany mail, w mailu zwrotnym podam numer konta, na jaki należy dokonać wpłaty zaliczki (50zł/os). mail: lew (maupa) roza.pl tel: 501059265 Pozdrawiam i zapraszam. Zakład czeka na wasz przyjazd!
środa, 20 października 2010
Ojciec Dyrektor słusznie zwrócił mi uwagę odnośnie poprzedniego wpisu. Zatem: mlesky
niedziela, 17 października 2010
No i po sezonie. Założeniem bloga było informowanie o ciekawostkach z życia zakładowego. Niestety. W sezonie tak wiele się dzieje, że nie sposób znaleźć chwili żeby coś napisać.
Dziękuję załodze zakładu, która przygotowała nas do sezonu technicznie - również od roku nad tym ciężko pracując. Dziękuję Panu Jackowi, który zorganizował pracę kuchni i przez cały sezon dzielnie walczył żeby nas wszystkich nakarmić. Każdy zawsze mógł liczyć na gorącą strawę bez względu na to o której przypłynął czy przyjechał na zakład. Dziękuję wszystkim pozostałym pracownikom kuchni, która w sezonie wydała około CZTERDZIESTU PIĘCIU TYSIĘCY posiłków!!! Dziękuję kadrze, która wszystkie obozy, kolonie i rejsy zrealizowała. Kierownikom rejsów wędrownych: Chcę też podziękować wszystkim pozostałym instruktorom i wychowawcom. Dziękuję również współpracującym z nami firmom. Wszystkim Wam chcę powiedzieć, że jestem szczęśliwy i dumny, że mogę z Wami współpracować. mlesky
wtorek, 25 maja 2010
Od dawna się zbierałem, żeby poinformować wszystkich, którzy o tym nie wiedzą, że oprócz oficjalnego blogu zakładowego istniej blog prywatny - związanym silnie z życiem ośrodka. A autor? Kim jest autor dowiecie się oczywiście sami z jego bloga. Ale co autora łączy z Różą, a z zakładem w szczególności? Ano przyjechał :-) W lipcu to było. Przerwa między turnusami. Kuchnia miała wolne. No nie tam żeby jakieś bardzo wolne, ale dziewczyny zebrały się po obiedzie zostawiając nam wszystko na kolację przygotowane żebyśmy sobie sami podali i podgrzali. Karkóweczka, schabik, i co tam na wieczornego grilla potrzebne. Rozpieszczone różowiatrową kuchnią wilki portowe nie bardzo chciały się zabierać do prac grillowych. Nie bardzo umieli. No bo niby jak to panstfo instruktorstfo tak samo miało sobie podać? Co tam podać? O zgrozo! ZROBIĆ! Ale znalazł się cichy – ale uśmiechnięty chłopak, który nie miał jeszcze takich problemów. Stanął dzielnie z półmetrowym widelcem, „karkóweczka? Schabik? Komu kiełbasę, może kaszankę? Jeszcze chlebek przypieczony...” Pół godziny i nakarmił wszystkich. Przyjechał na jeden, albo na dwa turnusy. Chyba sam już nie pamięta, więc ja tym bardziej nie dojdę do prawdy na ten temat. Ale chyba dobrze się poczuł, bo został do końca sezonu. A po sezonie. Też się zawsze coś znajdzie do roboty jeśli ktoś ma chęć i cokolwiek umie. Tak się chłopak zachęcił, zakręcił, że wyjechał dopiero... Zaraz, zaraz... Nie wyjechał. A to jeszcze trzeba poprawić taras, a to położyć jakiś kabel... Właśnie wycieczką szkolną zaczął kolejny sezon. Zdaje się że chłopakowi zmieniło się życie. Mam nadzieję że na dobre, ale to już sami oceńcie sprawdzając co tam u niego na jego blogu. A oprócz miłych spraw znajdzie się tam i sporo słów krytyki, która - jak to krytyka - daje nam szanse na przemyślenia.
mlesky Matka mi mówiła: Po woli wszystko się sprawdza. W jakie kolwiek g.. bym nie wdepnął zawsze mogę sobie przypomnieć słowa matki i jakąś okoliczność z własnego życia, która je potwierdza. Przecież sam tak robiłem – no to teraz mam za swoje. Do tej pory myślałem, że rzecz tyczy się złych uczynków. Rzucało się papierki na trawnik? Aaa... No to teraz zobacz ile śmieci na zakładzie potrafią jednego dnia rozrzucić dzieci. Bumelowało się w pracy po weekendzie? Nooo, to teraz proszę bardzo jak się kwiaty chowają pod blaszakiem z browarkami... Nie wiedziałem jednak, że oprócz złych uczynków dotyczy to również słabości z dzieciństwa. Otóż nie było ode mnie gorszego głąba z ortografii w klasie. Niech Dyrektor Doliński zaświadczy! I na co mi teraz przyszło? Poniżej macie tekst Jara o Waldim. Sam go prosiłem, żeby go napisał. No i się doczekałem! Żebyście wiedzieli ile to żmudnej pracy poprawiać błędy! Nawet nie łudzę się że znalazłem wszystkie, bo godzina późna a dzień – ja co dzień – męczący. Ale poprawiłem 32 błędy ortograficzne (na 682 wyrazy) i równe 70 (!!) interpunkcyjnych!
Z tego miejsca chciałem serdecznie przeprosić wszystkich polonistów jakich spotkałem na swojej drodze życiowej i oddać im swój hołd (a pisząc to stoję na baczność ;-) )
Cóż – blog niby zakładowy, ale taki wtręd się wdał.
Ale żeby nie było, że wpis całkiem nie na temat, to i ja dorzucę parę... Albo nie dorzucę. Dla porządku dorzucę cały wpis kolejny... mlesky „Jak to z Waldusiem było”
To już niedługo rok minie jak zbieram się do napisania ciekawych a zarazem humorystycznych zdarzeń, które zawsze mają miejsce podczas kursów żeglarskich w Róży Wiatrów w Węgorzewie. Praca Instruktora ma wiele zalet, ale też parę ujemnych stron. Jedną z nich jest przychodzące na każdego chyba z nas moment przemęczenia spowodowany różnymi rzeczami. Zmęczenie to ma rożne objawy. Myślę, że u każdego instruktora sternika inne. Dlatego po każdej zmianie turnusu wielu z nas chętnie płynie łódką gdzieś na większą wodę, cichą bindugę lub w inny sposób spędza te parę wolnych chwil wolnych od kursantów. Ja np. chętnie przeprowadzam łódki z punktu A do punktu B. Łączę przyjemne z pożytecznym. Ale... O Waldusiu miała być mowa. A więc ad rem. Jednym z objawów mojego zmęczenia kursantami, ich liczbą, hałaśliwością i innymi takimi jest mylenie imion. Mam to prawie zawsze na drugim a już na pewno na trzecim turnusie. Marki, Jarki, Michały, Mariusze, Marciny, Mietki, Janusze i inne jakoś występują w liczbie mnogiej w Róży Wiatrów. Albo w roli instruktorów, albo w roli kursantów. W tym roku pojawił się nowy instruktor z Poznania. Młody, bezpośredni, dowcipny, uczynny, „friendly”. W miarę upływu czasu dało się zauważyć, że kompetentny. No, niestety Marcin mu było, więc znowu zduplikował lub zmultiplikował to imię wśród „różanych kwiatków instruktorskich” To nie był by problem bo każdy jakąś ksywę ma, ale do niego jakoś nic się nie kleiło. Pod koniec drugiego turnusu włączył mi się objaw przekręcania imion. Na domiar złego spotęgował się tym, że w wachcie miałem dwóch Mariuszów i jednego Marcina. Objaw narastał i wiedziałem, że po zakończeniu turnusu czas w siną dal popłynąć aby odreagować. I tak się stało. Paka doborowa się zebrała. Po odprowadzeniu jachtów do Rynu, Almaturu i gdzieś tam jeszcze następująca ekipa na „Borsuka” w Giżycku się zaokrętowała:
Ci co wiedzą to przyznać muszą, że ekipa doborowa, żeglarska. Zdaliśmy się na Bosmana dokąd płyniemy, a że powoli wieczór zapadał więc w sumie miało być niedaleko, cicho, odludnie i żeglarsko. Nie minęło 15 minut a stery przejął bosman ( „tak na chwilę” i …. do końca rejsu nie oddał ) i zaczął nas prowadzić w nieznane. Ja jako dowódca rozstawiłem na stanowiska załogantów i płyniemy. Komenderuję energicznie nie raz tą K...ą podpierając. Marcin jako oko na dziobie stoi, bo przez szuwary i wodorosty i mielizny płyniemy. Co chwilę go popędzam, żeby meldował co widzi.
Dopłynęliśmy do miejsca urokliwego gdzie spędziliśmy wspaniały wieczór i poranek. Budzę się rano na dziobowej,,, a tu Mariusz koło mnie śpi. Na „kapitańskiej” koi jakiś Mariusz mi się dokwaterował?? Jak zobaczyłem, że na pojedynczej (podwójna nie rozłożona) śpią trzy sztuki to wszystko stało się jasne. Ostatecznie młody, przystojny dowcipny no i najważniejsze k o m p e t e n t n y, więc niech tam. Co się działo jak poszedłem spać nie pamiętam. Wstałem jednak rano zadowolony. Miejsce zostało nazwane „Keja do nikąd”. Czas powrotu nastał. Wszyscy na stanowiska Marcin (Mariusz) na dziób jako oko i „Cumy oddaj”. Powrót trochę Łatwiejszy bo skoro świt o 10.,00 trochę jaśniej. Niestety po kilkukrotnym wywołaniu Mariusza do tablicy „Jak tam przed dziobem?” Gumka w majtkach musiała pęknąć. - Jaro! Przestań mi w końcu mówić Mariusz! Możesz mi mówić jak chcesz, ale nie M A R I U S Z !! K...a m.ć. - Sorry... zapadła długa cisza. Mar...cin, dobra , będę Ci mówił Walduś. „Panie Waldku, Pan się nie boi... cała Kadra za Panem stoi. Pan Walduś zaakceptował ksywę „Marcin” i tak już zostało ku ogólnej akceptacji chyba wszystkich. Writed by jaro_l. Any rights reserved. Copying, reproducing is alloweed. Katowice, 25.maja.2010
wtorek, 11 maja 2010
Mili Państwo. Na zakładzie praca wre. Jachty spokojnie kołyszą się na wodzie. Słychać odgłosy młotków, szlifierek i inne odgłosy pracy. Gdzieniegdzie można usłyszeć donośny głos pewnej osoby. To Pan Lew gna nasze kwiaty do pracy. Remont stołówki na zakładzie już prawie dobiegł końca. Jeszcze kilka kosmetycznych spraw i będziemy gotowi aby przyjąć was ponownie na terenie naszej wysuniętej bardzo na północ placówki. Aby nie być gołosłownym przedstawiam kilka fotek dokumentujących ogromny wkład pracy włożony w nasz ośrodek.
piątek, 19 marca 2010
Po zimowym letargu na zakładzie wszystko zaczyna się wybudzać z zimowego snu. Prace budowlano remontowe również nabrały tempa. Powoli kończy się remont stołówki i sali wykładowo tanecznej. Pan Lew spisał się bardzo bobrze i odpicował zakład na wysoki połysk. Czas zabrać się za remont jachtów aby było na czym pływać w sezonie. Przedstawiam wszem i wobec najnowsze zdjęcia z zakładu. Mam nadzieję że będziecie mile zaskoczeni. Pozdrawiam Bolo
sobota, 09 stycznia 2010
Wszystkiego najlepszego z okazji nowego roku życzy wszystkim załoga Róży Wiatrów...:) W 3 słowach... Impreza sylwestrowa całkiem udana, wszyscy się dobrze bawili, jedni dłużej inni krócej ale generalnie było bardzo fajnie. Odbył się "trochę" niekontrolowany pokaz sztucznych ogni... Niech żałują Ci co się nie pojawili... No ale za rok kolejna szansa...:) Bolo
|