|
|
Przeróżne przypadki z życia zwariowanego ośrodka wypoczynkowego
Blog > Komentarze do wpisu
Wspomnienia z „RÓŻY WIATRÓW” sezon„Jak to z Waldusiem było”
To już niedługo rok minie jak zbieram się do napisania ciekawych a zarazem humorystycznych zdarzeń, które zawsze mają miejsce podczas kursów żeglarskich w Róży Wiatrów w Węgorzewie. Praca Instruktora ma wiele zalet, ale też parę ujemnych stron. Jedną z nich jest przychodzące na każdego chyba z nas moment przemęczenia spowodowany różnymi rzeczami. Zmęczenie to ma rożne objawy. Myślę, że u każdego instruktora sternika inne. Dlatego po każdej zmianie turnusu wielu z nas chętnie płynie łódką gdzieś na większą wodę, cichą bindugę lub w inny sposób spędza te parę wolnych chwil wolnych od kursantów. Ja np. chętnie przeprowadzam łódki z punktu A do punktu B. Łączę przyjemne z pożytecznym. Ale... O Waldusiu miała być mowa. A więc ad rem. Jednym z objawów mojego zmęczenia kursantami, ich liczbą, hałaśliwością i innymi takimi jest mylenie imion. Mam to prawie zawsze na drugim a już na pewno na trzecim turnusie. Marki, Jarki, Michały, Mariusze, Marciny, Mietki, Janusze i inne jakoś występują w liczbie mnogiej w Róży Wiatrów. Albo w roli instruktorów, albo w roli kursantów. W tym roku pojawił się nowy instruktor z Poznania. Młody, bezpośredni, dowcipny, uczynny, „friendly”. W miarę upływu czasu dało się zauważyć, że kompetentny. No, niestety Marcin mu było, więc znowu zduplikował lub zmultiplikował to imię wśród „różanych kwiatków instruktorskich” To nie był by problem bo każdy jakąś ksywę ma, ale do niego jakoś nic się nie kleiło. Pod koniec drugiego turnusu włączył mi się objaw przekręcania imion. Na domiar złego spotęgował się tym, że w wachcie miałem dwóch Mariuszów i jednego Marcina. Objaw narastał i wiedziałem, że po zakończeniu turnusu czas w siną dal popłynąć aby odreagować. I tak się stało. Paka doborowa się zebrała. Po odprowadzeniu jachtów do Rynu, Almaturu i gdzieś tam jeszcze następująca ekipa na „Borsuka” w Giżycku się zaokrętowała:
Ci co wiedzą to przyznać muszą, że ekipa doborowa, żeglarska. Zdaliśmy się na Bosmana dokąd płyniemy, a że powoli wieczór zapadał więc w sumie miało być niedaleko, cicho, odludnie i żeglarsko. Nie minęło 15 minut a stery przejął bosman ( „tak na chwilę” i …. do końca rejsu nie oddał ) i zaczął nas prowadzić w nieznane. Ja jako dowódca rozstawiłem na stanowiska załogantów i płyniemy. Komenderuję energicznie nie raz tą K...ą podpierając. Marcin jako oko na dziobie stoi, bo przez szuwary i wodorosty i mielizny płyniemy. Co chwilę go popędzam, żeby meldował co widzi.
Dopłynęliśmy do miejsca urokliwego gdzie spędziliśmy wspaniały wieczór i poranek. Budzę się rano na dziobowej,,, a tu Mariusz koło mnie śpi. Na „kapitańskiej” koi jakiś Mariusz mi się dokwaterował?? Jak zobaczyłem, że na pojedynczej (podwójna nie rozłożona) śpią trzy sztuki to wszystko stało się jasne. Ostatecznie młody, przystojny dowcipny no i najważniejsze k o m p e t e n t n y, więc niech tam. Co się działo jak poszedłem spać nie pamiętam. Wstałem jednak rano zadowolony. Miejsce zostało nazwane „Keja do nikąd”. Czas powrotu nastał. Wszyscy na stanowiska Marcin (Mariusz) na dziób jako oko i „Cumy oddaj”. Powrót trochę Łatwiejszy bo skoro świt o 10.,00 trochę jaśniej. Niestety po kilkukrotnym wywołaniu Mariusza do tablicy „Jak tam przed dziobem?” Gumka w majtkach musiała pęknąć. - Jaro! Przestań mi w końcu mówić Mariusz! Możesz mi mówić jak chcesz, ale nie M A R I U S Z !! K...a m.ć. - Sorry... zapadła długa cisza. Mar...cin, dobra , będę Ci mówił Walduś. „Panie Waldku, Pan się nie boi... cała Kadra za Panem stoi. Pan Walduś zaakceptował ksywę „Marcin” i tak już zostało ku ogólnej akceptacji chyba wszystkich. Writed by jaro_l. Any rights reserved. Copying, reproducing is alloweed. Katowice, 25.maja.2010 wtorek, 25 maja 2010, nazakladzie
TrackBack
|